Dąb był rzeczywiście szacowny i niewątpliwie bardzo stary. Trudno mu lata policzyć, lecz majestat i dostojeństwo spływały z szerokich pokręconych konarów. Pień był już w wielu miejscach zmurszały, plombowany cementem, podmurowany i spinany żelaznymi obręczami, niektóre gałęzie uschły — ale całość była jeszcze imponująca, Szumiał wspaniale i stał sam, bez otoczenia innych drzew, w miejscu wyjątkowo eksponowanym — a widok stamtąd był rozległy i daleki.
Oczywiście około starego drzewa krążyło mnóstwo legend i bajek. Że je sadził sam król Kazimierz (jakby trzeba było
sadzić drzewa sześćset lat temu wśród bezkresnych puszczy), a jeśli już nie sadził, to pod nim sprawował sądy, że tam spotykał się z Esterką i tym podobne. Jednym słowem, królewskie drzewo łączono w tradycjach z królem.
I ja również podczas częstych wypadów do Kazimierza odwiedzałem sławny dąb i niejedną uroczą chwilę przepędziłem w cieniu jego konarów.
Toteż gdy po raz pierwszy po wojnie udałem się do Kazimierza zobaczyć, jak miasteczko przeniosło burzę dziejową — od razu na wstępie dowiedziałem się smutnej wieści, że dąb nie istnieje. W jaki sposób to się stało, nikt nie umiał opowiedzieć. Prawdopodobnie drzewo, które dożywało ostatnich swych lat, a stało na miejscu, skąd był widok wszędzie — stało się niebezpieczne, jako ewentualny punkt obserwacyjny, więc je unicestwiono. Przecież przez szereg miesięcy front bojowy przebiegał po obu stronach Wisły.
Zapragnąłem popatrzeć, jak to teraz na miejscu wygląda. Szybko znalazłem się na szczycie. Dębu oczywiście nie było. Pozostał tylko ślad: kawałek wystającego na zewnątrz pnia w całości prawie pokrytego cementem — pozostałość wielkiej plomby. Robiło to makabryczne wrażenie — niby grobowiec, ale grobowiec taki, jakie się spotykało tylko na żydowskich cmentarzach. Jak gdyby jeden ze zbezczeszczonych przez Niemców pomników z kirkutu na Czerniawach tam zawędrował i znalazł chwilowe schronienie. Czyjaś ręka ogrodziła ten kikut dokoła sztachetowym płotem i w ten sposób wyodrębniła od otoczenia.